Leon Broel-Plater i powstanie styczniowe w Inflantach Polskich

7 kwietnia 2018

Przyzwyczailiśmy się, że w XIX wieku walka o niepodległość wrzała na terenie Kongresówki oraz na bliskich Kresach wschodnich, rzadziej w Galicji i zaborze pruskim.W tej perspektywyie zupełnie umykają nam tzw. Polskie – obecnie na Łotwie – które w powstaniu styczniowym również włączyły się w insurekcyjny zryw.

– nie wszędzie zaczęło się w styczniu


Powstanie styczniowe wybuchało w różnych momentach w zależności od obszaru. Fakt, iż zwane jest w historiografii styczniowym bierze się oczywiście stąd, że w Królestwie Polskim (Kongresówce) zaczęło się ono – mówiąc w pewnym uproszczeniu – w nocy z 22 na 23 stycznia 1863. Na Litwie jednak po początkowym wystąpieniu Władysława Cichorskiego ps. Zameczek walki zamarły na jakiś czas i ich ponowny wybuch, związany z osobą Ludwika Narbutta – nie bez przyczyny zwanym pierwszym powstańcem Litwy, należy datować na początek lutego. Z kolei na Ukrainie działania zbrojne – chodzi przede wszystkim o kampanię Edmunda Różyckiego na Wołyniu – miały miejsce dopiero w maju.

A jak miała się sprawa z Łatgalią czyli Inflantami Polskimi, formalnie przyłączonymi przez Rząd Powstańczy do ziem litewsko-białoruskich, i z których utworzono osobne województwo inflanckie? Dla tego obszaru kluczowym miesiącem jest kwiecień 1863 i akcja Leona Broel-Platera pod Krasławiem.


Kwiecień! A zatem na chwilę obecną przypada 155. rocznica wybuchu powstania styczniowego na Łotwie!

Platerowie

Na samym początku powiedzieć trzeba o swoistym zamieszaniu panującym w polskiej historiografii, a dotyczącym nazwiska Leona Platera. Znaczące autorytety – specjaliści od powstania styczniowego, wśród których wymienić należy przede wszystkim Stanisława Zielińskiego, autora monumentalnego dzieła «Bitwy i potyczki 1863-1864» a także Stefana Kieniewicza, twórcy równie monumentalnej monografii insurekcji styczniowej, podają, że przydomkiem naszego bohatera był «Zyberk». Tymczasem jego bratanek, również Leon – dla porządku będzie on w tym artykule nazywany księdzem Platerem, albowiem istotnie wybrał drogę duchową – twierdzi konsekwentnie, że stryj zwał się Broel- nie zaś -Zyberk. Kto ma rację w tym sporze? Po pierwsze ksiądz parał się zawodowo historią – pisał rozprawy na temat dziejów Kościoła – co samo w sobie zwiększa wiarygodność jego relacji; po drugie był bliskim krewnym powstańca i chociaż nie znał go osobiście, ponieważ obaj rozminęli się o przeszło trzydzieści lat, to trudno wątpić, aby nie miał wiedzy na temat podstawowych faktów dotyczących stryja. Dla tych, których to nie przekonuje, mamy jeszcze jeden argument. Otóż daleki krewny obu Leonów – Michał, powstaniec kościuszkowski – wstąpił w związek małżeński ze spadkobierczynią barona Jana von Sieberg, a następnie wystąpił do cara z prośbą o dodanie nazwiska małżonki w wersji spolszczonej jako drugi człon (przydomek) do swojego. Zgodę takową otrzymał i od tej pory on i jego potomkowie – ale tylko oni! –zwali się -Zyberkami. Leon-powstaniec nie miał z tym nic wspólnego, ponieważ nie był potomkiem Michała.

Nasze rozważania na temat poszczególnych przedstawicieli rodu dopełnijmy uwagą, iż Platerowie są familią o przebogatych tradycjach narodowowyzwoleńczych. Wspomniany przed chwilą Michał walczył w powstaniu kościuszkowskim, jego syn Kazimierz w listopadowym. Również w listopadowym brała udział postać legenda – Emilia Plater, unieśmiertelniona przez Mickiewicza oraz uhonorowana ulicą w ścisłym centrum Warszawy. Sławą powstania styczniowego miał stać się Leon Joachim Broel-Plater.

Przyjrzyjmy się bliżej tej niezwykłej postaci, oddając na początku głos rodzimemu dziejopisarzowi.

Dzieciństwo i młodość Leona Platera

«W malowniczo wśród wzgórz, jezior i lasów brzozowych położonym majątku rodzinnym – Kombul zwanym – o 10 kilometrów na północ od miasteczka w powiecie Dynaburskim leżącym urodził się 15 lutego 1836 r. Leon hrabia Broel-Plater, trzynaste z rzędu dziecko hr. Józefa, marszałka szlachty powiatu Rzeżyckiego, i Antoniny z Sołtanów».

Dość wcześnie musiał mały Leon opuścić rodzinny Kombul, ponieważ jego ojciec, w ramach represji, jakie spadły na polskich patriotów po powstaniu listopadowym, został zesłany do Smoleńska, dokąd udał się wraz z częścią rodziny. Nawiasem mówiąc Józef Plater został potraktowany dosyć łagodnie, ponieważ zsyłce nie towarzyszyła konfiskata, a i Smoleńsk nie leżał na końcu świata. Podobno podczas pobytu w tym mieście przyszły bohater powstania styczniowego lubił spacerować wraz z ojcem po «Błoniu», jak nazywano jeden z tamtejszych parków, o czym wspominamy dlatego, że polska ta nazwa – przytoczona w oryginale – była pamiątką przynależności Smoleńska do Rzeczpospolitej, dalekim echem jej dawnej potęgi.

Stosunkowo beztroskie dzieciństwo z czasem dobiegło końca i Leon został wysłany do gimnazjum w Rydze, gdzie dyskretnie pilnował go starszy brat August, pełniący funkcję urzędnika do specjalnych poruczeń przy generał-gubernatorze inflanckim. Chłopiec nie miał jednak temperamentu do ślęczenia nad książkami, wobec czego nauka – w szczególności zaś matematyka – szła mu niesporo. Wkrótce został przeniesiony do gimnazjum w Mitawie, które szczęśliwie udało mu się ukończyć. W tym czasie zmarł jego ojciec, pozostawiając mu część fortuny, w ramach której znalazł się majątek Kazanów, gdzie Leon mieszkał aż do wybuchu powstania styczniowego.

Jakim był panem? Jeśli wierzyć księdzu Platerowi – ludzkim i łagodnym, choć może zbyt poufałym wobec służby. Nie miał wprawdzie natury hreczkosieja, a raczej oddawał się rozrywkom, głównie polowaniom i tokarstwu – ale nie wydaje się, żeby gospodarstwo w jego ręku marniało.

Okres wzmożenia patriotycznego – konieczność wyboru

Kiedy przez Kongresówkę i Litwę przetoczyła się fala manifestacji patriotycznych, w Warszawie nastały «czasy polskie», jednocześnie zaś odmienne tradycje polityczne – demokratyczno-niepodległościowa oraz zachowawczo-ziemiańska, na które nałożyła się konfrontacyjna postawa margrabiego Wielopolskiego, prowadziły do głębokich podziałów, zaostrzając całą, i tak napiętą już sytuację, świadomi spraw publicznych mieszkańcy Inflant przyjęli postawę wyczekującą, zbliżając się tym samym do stronnictwa «białych». Trudno się skądinąd dziwić tej postawie: właściciele dużych majątków – notabene przede wszystkim Platerowie – mieli dużo do stracenia, gdyby powstanie się nie udało. To oni zapłaciliby konfiskatami i pauperyzacją. Z drugiej strony obawiali się  reakcji chłopów rosyjskich, których władze carskie mogłyby użyć, aby wywołać kontr-powstanie, co z kolei mogłoby doprowadzić do nowej rabacji galicyjskiej. Po trzecie, bliskość Petersburga wywoływała uzasadniony lęk, iż w razie niepowodzenia militarnego Inflanty pierwsze stałyby się obiektem pacyfikacji. I po czwarte wreszcie, nie bardzo można było liczyć na pomoc etnicznych Łotyszy, którzy jeszcze nie weszli w fazę narodowotwórczą albo też – ściślej rzecz ujmując – nie weszli jeszcze w fazę narodowej agitacji.

Wobec tych argumentów stanął Leon Plater. Jeśli prawdziwa jest dychotomia serce-rozum, to można w największym uproszczeniu stwierdzić, iż rozum podpowiadał mu, że obawy arystokracji polskiej w Inflantach nie są bezpodstawne. Należałoby zatem przede wszystkim czekać i obserwować rozwój wypadków. Na to jednak nie godziło się serce Platera. Chciał działać! Chciał walczyć o niepodległość Ojczyzny, tak, jak czyniło to przed nim tylu krewnych.

Sytuacja polityczna na Litwie

Kiedy wybuchło powstanie, a «biali» przejęli władzę na Litwie, której – przypomnijmy – Inflanty podlegały administracyjnie, wydawać mogło się, że Łatgalia pozostanie bierna. Tak się jednak nie stało i to z kilku powodów. Po pierwsze Wydział Zarządzający Prowincjami Litwy chciał się pozbyć z Wilna i z innych ważnych ośrodków ludzi kojarzonych z «czerwonymi». W tych okolicznościach do województwa inflanckiego przybył w charakterze komisarza niejaki Pąset (Poncet), o którym wspomina Przyborowski w swej pracy na temat powstania styczniowego i którego wymienia ks. Plater. Ów «zesłany na odległą placówkę» komisarz wziął się ochoczo do agitacji za programem czerwonych. To pierwszy powód. Drugi stanowił fakt, iż Wydział, jakkolwiek zdominowany przez «białych», przewodził powstaniu, był jego elementem, władzę sprawował w imieniu Rządu Narodowego. Nie mógł zatem jawnie wystąpić przeciwko insurekcji, tym bardziej, iż wraz z rozwojem walk, umiarkowani zorientowali się, że ma ona jednak szanse powodzenia. Jednocześnie władze litewskie pragnęły objąć powstaniem również Inflanty, co było zgodne z sugestią francuskich kół rządowych: «Rozszerzcie terytorium powstania, gdyż może to wpłynąć na granice, w których uznane będą prawa narodowe». Jeśli dodamy do tego podkreślany przez nas przy różnych okolicznościach temperament Leona Platera, otrzymamy obraz okoliczności, które umożliwiły akcję zbrojną pod Krasławiem. Jeśli natomiast weźmiemy pod uwagę wszystkie wymienione wyżej obawy arystokracji polskiej, zrozumiemy, dlaczego powstanie styczniowe w tej części dawnej Rzeczpospolitej nie nabrało charakteru masowego, ograniczając się do jednego wystąpienia.

Nie uprzedzamy jednak faktów.

Leon Plater przyjmuje zadanie…

Komisarz Pąset nie próżnował. Jak wspomina Eugeniusz Plater, brat Leona: «Na nasze Inflanckie strony był wysłany niejaki Pąset pod fałszywym nazwiskiem, zręczny i przystojny młodzieniec, bardzo pewny siebie i umiejący zaimponować, robił propagandę i bywał przeważnie w domach, w których mógł więcej robić efektu i rachować na większe poparcie, rozsądniejszych zaś i tych o których wiadomo było, że ogólnego nie podzielali szału i przeciwni byli miejscowemu powstaniu, unikał. […] Uważając, że Leon, który był miękkiego charakteru, był pod wpływem tych podnieconych apostołujących osobistości[…] starałem się o ile możności perswazją na niego działać; ale on uważał, że jako Plater nie może się usunąć i wstydziłby się, gdyby żaden członek rodziny do organizacji nie należał[…]

Początkowo Leon Plater chciał przyłączył się do Narbutta (było to jeszcze przed bitwą pod Dubiczami, w której poległ «pierwszy powstaniec Litwy), sądząc, że tamtejsze powstanie ma większe szanse niż w Inflantach. Podobno był już nawet gotów do drogi, jednak 23 kwietnia pod wieczór zjawił się w Kazanowie człowiek podający się za emisariusza Rządu Narodowego. Zygmunt Bujnicki – bo tak brzmiało jego nazwisko, krajan Leona, przywoził dlań rozkaz wzięcia udziału w powstaniu pod swoją komendą. W razie odmowy miał – jak tłumaczył – wszelkie pełnomocnictwa, by gospodarza Kazanowa zlikwidować na miejscu, czemu możemy się dzisiaj dziwić, ale Plater jako Zaprzysiężony dziwić się nie mógł. Czas był wojenny, a więc i regulamin obowiązywał wojenny…

Wydaje się jednak, że to nie groźba natychmiastowej egzekucji, ale miłość Ojczyzny kazała mu przyjąć rozkaz…

Akcja, której wykonanie powierzono Leonowi, zaplanowała została na 25 kwietnia 1863 i polegać miała na opanowaniu przez powstańców transportu broni z Dyneburga do Dzisny. Na miejsce ataku wybrano las baltyński nieopodal Krasławia.

Krasław

25 kwietnia Leon Plater, umówiwszy 50 ludzi, w liczbie których znalazła się młodzież szlachecka i służba dworska, w tym osobisty służący hrabiego, i udając, że wybiera się na polowanie, ruszył na wyznaczone miejsce. Powstańcy mieli do dyspozycji dubeltówki oraz broń myśliwską. W karczmie na skraju lasu baltyńskiego wyznaczono ostateczny punkt zbiórki.

Dokonany wieczorem napad był całkowitym zaskoczeniem, ponieważ niespodziewająca się niczego obstawa złożona z 8 Rosjan rozluźniła dyscyplinę do tego stopnia, iż niektórzy złożyli swoją broń na wozach. Tak bardzo zlekceważono siłę pamięci o Rzeczpospolitej w Inflantach Polskich! W czasie błyskawicznie przyprowadzonej akcji według różnych źródeł zginęło 3 albo 4 żołnierzy rosyjskich, również 4 albo 3 wzięto do niewoli, natomiast dowodzącemu oficerowi udało się zbiec.

Eskpropriacja udała się w stu procentach: powstańcy zdobyli 398 karabinów, kilka sztuk broni siecznej i pistoletów oraz trochę prochu. Zdobycz ta nie została jednak w pełni wykorzystana, albowiem z niewiadomych względów część przechwyconego uzbrojenia została zakopana – być może obawiano się, że zbyt obciążeni insurgenci, którzy musieliby taszczyć blisko 10 karabinów każdy – staną się łatwym łupem dla ewentualnego pościgu. Po spaleniu wagonów stanowiących rosyjski konwój, część oddziału rozeszła się do domów, natomiast Leon Plater wraz ze służbą pozostał na miejscu, czekając na odpowiedni moment, by przeprawić się przez Dźwinę i – zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami – dołączyć do powstańców litewskich.

Jak już wspominaliśmy dowódca konwoju zdołał uciec z miejsca zdarzenia. Okoliczność ta okazała się zgubna w skutkach, ponieważ Rosjanie zaalarmowali kolegów ze stacjonującego w Krasławiu oddziału pod dowództwem porucznika Bortniewicza…

Jakby tego było mało, Leon Plater, chociaż dzielny żołnierz i sprawny organizator, nie najlepiej wywiązał się z obowiązku pilnowania wziętych do niewoli żołnierzy. Kilku z nich – nie wiemy dokładnie ilu – korzystając z okazji, uciekło, kierując się podobnie, jak ich dowódca, do Krasławia, gdzie zaalarmowało tamtejszego pułkownika artylerii.

Pościg

Porucznik Bortniewicz mający do dyspozycji 47 ludzi rozpoczął poszukiwania partyzantów, nie znalazłszy ich jednak, obrócił swój gniew na niezamieszanych w napad mieszkańców pobliskiego dworu w Skajśtach, biorąc kilka osób do niewoli. Ze swej strony pułkownik artylerii z Krasławia przyłączył się do poszukiwań „miateżników”, jednak w nieco inny sposób. Zamiast wysyłać dodatkowych żołnierzy do przeczesywania okolicznych lasów – czy to z powodu niewielkiej ich liczby, czy też dlatego, że nie chciał gubić podkomendnych, postanowił posłużyć się burłakami, czyli… okolicznymi chłopami-starowiercami. Mimo iż była to grupa, delikatnie rzecz ujmując nieufna w stosunku do osoby cara, a i władze rosyjskie prześladowały jej przedstawicieli jeszcze przez cały wiek XIX, istniał czynnik zbliżający zwaśnione strony: była nim nienawiść do Polaków.

I oto nadarzała się wspaniała okazja, by tę sforę dzikich psów spuścić ze smyczy: Polacy zorganizowali powstanie. Odpowiednio zachęceni staroobrzędowcy mogli rzeczywiście – jak słusznie obawiali się ziemianie – wywołać nową rabację galicyjską.

Tak się w dużej mierze właśnie stało. Po kilku dniach obławy, dzięki aktywnej pomocy burłaków, Rosjanie wyłapali powstańców biorących udział w akcji pod Krasławiem, w tym samego Leona Platera, który został pochwycony w lasach koło Dubna i osadzony w twierdzy dyneburskiej.

Ziemianie ofiarą zemsty

Z chwilą gdy Leon Plater wraz z grupą współpracowników został aresztowany, majątki należące do polskich ziemian jeden po drugim padały ofiarą zemsty za akcję pod Krasławiem. Zleceniodawcą i inspiratorem był rząd carski, ramieniem siejącym zniszczenie – chłopi staroobrzędowcy. Układ ten pasował obu stronom: carat mógł utrzymywać, że to nie władza dokonuje pacyfikacji, ale że sam lud egzekwuje sprawiedliwość. Burłacy mogli natomiast wziąć upragniony odwet na znienawidzonych „panach”. Profesor Uniwersytetu Łotwy, Eric Jekabson utrzymuje, że: „w Łatgalii wykorzystano polskie powstanie, aby zaatakować ziemian Polaków, spalić i zniszczyć ich majątki, a ich samych uwięzić”. Podobnie widział całą sprawę ksiądz Leon Plater: „zrabowano i zniszczono kilkadziesiąt dworów i poszłoby to dalej, gdyby się rząd nie opatrzył, widząc czym to grozi, i wojskiem nie powstrzymał dalszych rozruchów”. Rosjanie zaczęli obawiać się, że chłopska ruchawka przybierze na tyle duże rozmiary, że nie będzie jej można opanować.

Ofiarą napaści padł między innymi dwór w Ludwiampolu należący do Kazimierza Platera. Burłacy splądrowali domostwo, poniszczyli sprzęty, gospodarza majątku zaś cięli toporem przez ramię. Kiedy na miejsce przybył zawiadomiony o zajściu prystaw (policyjny komisarz), nie nakazał on bynajmniej, by napastników aresztowano, lecz skoczywszy w stronę żelaznej skrzyni, w której znajdowały się pieniądze, zaczął je wybierać. Podobno tak wzbogacił się owej kradzieży, że niebawem kupił sobie majątek ziemski. Na tym jednak nie koniec, ponieważ prystaw polecił spalić zabudowania należące do dworu, pozostawiając jednocześnie gospodarza bez opieki medycznej, czym przyczynił się do jego śmierci w kilka dni później, ponieważ w nieopatrzone rany Kazimierza Platera wdała się gangrena.

Uwięziony

Początkowo Leon Plater przetrzymywany był na terenie zasadniczego zrębu twierdzy dyneburskiej, jednakże po pewnym czasie przeniesiono go jako jeńca specjalnego do nowo wybudowanej turmy znajdującej się w granicach miasta, na przeciwnym, prawym brzegu Dźwiny.

Rozpoczęło się śledztwo, które miało przede wszystkim ustalić, kto był inspiratorem akcji pod Krasławiem, słusznie bowiem władze podejrzewały, że Leon Plater był jedynie wykonawcą poleceń płynących z góry. Gdyby nasz bohater miał słabszy charakter, niż to było w istocie, łatwo mógłby zrzucić z siebie gros winy, wskazując na Zygmunta Bujnickiego, jako na człowieka, który pod pistoletem – na co przecież znaleźliby się świadkowie – zmusił go, aby wykonał rozkaz Rządu Narodowego. Leon Plater wybrał jednak inną drogę – podobną do tej, która stała się udziałem Romualda Traugutta – nie wymieniając żadnych nazwisk, wziął całą winę na siebie. Dodatkowym czynnikiem wpływającym na taki właśnie wybór postępowania był fakt, iż Bujnicki miał żonę i małe dziecko; gdyby więc został postawiony w stan oskarżenia, niechybnie jego rodzina straciłaby męża i ojca. O tym Leon Plater doskonale wiedział. Czego nie wiedział natomiast, a co pogłębia tragizm sytuacji, to to, że zapobiegliwy Bujnicki dzięki rodzinnym koneksjom wyrobił sobie paszport w ministra spraw zagranicznych Wałujewa i czmychnął za granicę. Mógłby zatem pierwszy więzień Dyneburga sypać „ile wlezie”, ale jego koledze i tak nic by się nie stało – chociaż przyznać należy, że mogło stać się żonie i dziecku.

Tymczasem śledztwo prowadzone było w sposób urągający najbardziej elementarnym zasadom sprawiedliwości. Zeznania świadków – w tym Rosjan – mających wątpliwości co do roli, jaką w wydarzeniach 25 kwietnia odgrywał Leon Plater, najbezczelniej w świecie nie były włączane do protokołu! Chętnie natomiast dawano wiarę tym przesłuchiwanym, którzy go jawnie pogrążali.

Na ratunek

Sprawy przybierały zły obrót, a tempo prowadzonego śledztwa kazało przypuszczać, że wyrok zapadnie już wkrótce. Podjęto dwie próby ratowania Leona Platera. Pierwszą z nich przeprowadziła rodzina uwięzionego, korzystająca z przywileju posiadania licznych znajomości na zachodzie. Udało się jej dotrzeć do małżonki Napoleona III – cesarzowej Eugenii, która zgodziła się interweniować w tej sprawie poprzez ambasadę francuską w Petersburgu.

Myliłby się jednak ten, kto by sądził, że naciski jednej z najważniejszych osób na kontynencie europejskim dały pozytywny rezultat. Po raz kolejny Rosja dała do zrozumienia, że nie chce by częścią zachodniej cywilizacji, wybierając zemstę, jak naczelną zasadę polityki wobec Polski. Odpowiedź, którą otrzymała cesarzowa Eugenia zawierała m.in. zarzut, jakoby Leon Plater brał udział w powstaniu listopadowym. Zważywszy, że urodził się w roku 1836, równie dobrze można było zarzucić mu, że walczył pod Grunwaldem.

Drugą próbę ratowania Platera podjął Zygmunt Bujnicki, którego najwyraźniej ruszyło sumienie. Prawdopodobnie też był w tej kwestii naciskany przez rodzinę, pragnącą uniknąć współodpowiedzialności za los hrabiego. Bujnicki napisał list do komisji śledczej, przedstawiając w nim siebie jako głównego winowajcę:

„Będąc śmiertelnie rannym uważam za święty obowiązek rzucić światło prawdy na wynikłe nieporządki w powiecie Dyneburskim. Rozbicie transportu broni w okolicach Krasławia zostało dokonane przeze mnie osobiście przy pomocy niektórych ludzi, zmuszonych przeze mnie gwałtem przysięgać, w szczególności młodego hrabiego Leona Platera[…] ja go zmusiłem iść za sobą przystawiwszy rękojeść rewolweru, przy tym nie mogąc go przymusić groźbą śmierci, pokazałem mu nominacje tajnego komitetu centralnego, mianującego mnie naczelnikiem wojennym”.

Było już jednak za późno, ponieważ list dotarł do adresatów w przeddzień egzekucji Platera, zatwierdzonej 6 albo 7 czerwca 1863 roku.

Egzekucja

Ostatnie swe chwile bohater powstania w Inflantach Polskich spędził na rozmowie z matką i siostrami – z braćmi nie pozwolono mu się widzieć, prawdopodobnie z obawy, by nie przekazał, jakiś powstańczych rozkazów. Poprosił też, by pozwolono mu się wyspowiadać i przyjąć sakramenty. Przydzielono mu księdza Bolesława Aleksandrowicza, proboszcza dyneburskiego który, nie mogąc ukryć wzruszenia z powodu jakiegoś niebiańskiego spokoju malującego się na twarzy skazańca, raz po raz ocierał oczy…

8 czerwca Leon Plater napisał do tych, którzy nie mogli odwiedzić go w więzieniu: „Kochani drodzy moi bracia! Nie sądzono nam widzieć się na tej ziemi – mocno mnie to boli. Przyjmijcie moje uściśnienia choć tylko listowne. Błogosławię was, przyciskam do serca. Do widzenia w lepszej kiedyś krainie – kochający was brat Leon, 27-go maja [starego stylu] 1863 r.

Sama egzekucja wyglądała jakby wyjęta z wiersza Baczyńskiego: „Zanim padłeś, jeszcze ziemię przeżegnałeś ręką./ Czy to była kula, synku, czy to serce pękło?”

Tablica

W. 60 rocznicę powstania styczniowego i zarazem w 60. rocznicę stracenia Platera konsulat RP w Dyneburgu przy udziale władz niepodległej Łotwy zawiesił w 3. Bastionie twierdzy dyneburskiej tablicę pamiątkową następującej treści: „Hr. Leonowi Broel-Platerowi, Organizatorowi powstania w Inflantach, straconemu 9 czerwca 1863 r., Naród Polski. Dnia 9 czerwca 1923 r.”

Tak upamiętniano niegdyś bohaterów.

Dominik Szczęsny-Kostanecki

Podziel się tym z innymi. Udostępnij na:

Komentarze nawołujące do przemocy, zawierające zniesławienia, wulgaryzmy, groźby karalne lub spam będą usuwane. Również wpisy osób podających nieprawdziwy email.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *